25 April, Lemberg. W domu!

Niebo szarzało, kiedy motocykl którym jechał zaczął kaszleć i prychać jak gruźlik w ostatnim stadium. Zwolnił, potoczył się jeszcze chwilę, poczym zarzęził po raz ostatni i stanął.
-Himmelaudon! - zaklął kierowca i z widocznym wysiłkiem zsiadł. Westchnął ciężko i rozejrzał się wokół skręcając papierosa. W szarówce dość wyraźnie można było dostrzec niedalekie zabudowania. Zapalił papierosa i zamyślił się. Zapasy z Triestu skończyły się dawno temu, tego co zdobył po drodze też ledwo mu staczyło do przeżycia. Ale nie mógł się zatrzymać, nie umiał. Ciągle popychała go do dalszej podróży jedna myśl - Na Lemberg! Do domu! Zgasił skręta, chowając pieczołowicie niedopałek do sakwy - odkąd wkroczył prawie dwa miesiące temu na teren ukochanego Vaterlandu znalazł wiele niezwykłych rzeczy, ale tytoniu nie było wśród nich... Wziął głęboki oddech, poprawił plecak na ramionach i kuśtykając na drewnianej nodze ruszył z wolna w stronę budynków.
*
Kiedy dotarł na miejsce było już ciemno. Posterunek przy rogatkach miasta Lwowa wydawał się opustoszały. Drewniany szlaban w habsburskich barwach, czarny i żółty, przepleciony był drutem kolczastym. Obok niego budka strażnicza, nad wejściem do której kołysała się na lekkim wietrze pojedyncza lampa naftowa. poza tym nic. Najwyraźniej epidemia realiozy nie oszczędziła także najdroższego mu miasta. Zrezygnowany oparł się o budę i wyciągnął resztę skręta. Kiedy trzasnęła odpalana zapałka, usłyszał jakiś łomot wewnątrz, a zaraz po nim głos wołający:-Fraaaanz! Donnerwetter, nie wolno palić na służbie, jak Cię feldwebel złapie to będziesz miał za swoje! Słyszysz mnie, psiakrew?! Drzwi otworzyły się i stanął w nich żołnierz w mundurze i opasce K.u.K Żandarmerii. Zamrugał oślepiony przez lampę.
-Kto...? Halt! Hande hoch! Przedstaw się i podaj hasło! - zawołał, błyskawicznie wyciągając z kabury pistolet i celując w przybysza.Ten patrzył na niego, niespeszony. Zmrużył tylko oczy, przyglądając się uważnie. Po chwili wypełnionej konsternacją ciszy otworzył szeroko oczy, wyraźnie wściekły.
-Kto? Kto?! Ja Ci zaraz powiem kto, łajdaku! Tak sprawujesz wartę? Tak bronisz powierzonej twojej, psiakrew, opiece placówki?! Himmelherrgott, od czasów samego Szwejka nie było w K.u.K armii takiego bałwana! Kretyn i patałach, naprawdę! Nazwisko i stopień wojskowy, żołnierzu! Osobiście dopilnuję żebyście się z samego rana stawili do karnego raportu. I BACZNOŚĆ KIEDY DO CIEBIE MÓWIĘ!
Tak było od początku Najlepszej Armii Świata, że stanowczością, krzykiem i pewnością siebie można było osiągnąć prawdziwe cuda. Nie inaczej było i tym razem. Wojak wyprężył się, strzelił obcasami, wypiął pierś, wydał się nagle być wcieleniem służbisty, prawdziwą gwiazdą armii. Wykrzyknął gromko:
- Gefreiter Johann Fischer, panie oberleutnant! Przepraszam, ja, ja nie poznałem po ciemku! - zająknał się.
- Spocznijcie żołnierzu. Wpuścicie mnie do tej kanciapy, i zrobicie coś gorącego do picia, daleka droga za mną. A, jeszcze jedno... Dajcie papierosa...
Osłupiały wartownik w mig wykonał wszystkie polecenia przybysza, nadal przekonany że ma do czynienia z jakąś ważną personą. Ten zasiągnął się głęboko papierosem i pomilczał chwilę.
- Dobrze, oto rozkazy. Zatelegrafujecie natychmiast do sztabu żeby przysłali samochód. Powiedzcie że przybywa... Oberleutnant Schmidt. - był to kodowy kryptonim jakim posługiwano się w KuK wywiadzie zagranicznym. Miał tylko nadzieję że został w mieście ktoś kto go jeszcze rozpozna.
- Potem staniecie na warcie przy szlabanie, i obudzicie mnie kiedy przyjadą. Ja tymczasem - ziewnął potężnie - Muszę się wreszcie, cholera jasna wyspać.

Kommentare

Beliebte Posts aus diesem Blog

27 April, Lemberg. Rozpoznanie

28 Februar 1917, Triest. Co u diaska?